poniedziałek, 24 listopada 2014

Pani Ana.

Szanowna Anoreksjo!
Tyle o Tobie można przeczytac w książkach i internecie, tyle o Tobie mówią w telewizji, tak bardzo uświadomione jest społeczeństwo, a tak naprawdę gówno o Tobie wiedzą :)

Taka jest prawda Kochani. Nie chcę nikogo obrażac i szanuję wszystkich "niosących pomoc" biednym ludziom, którzy są tak ciężko chorzy, wszystkich psychiatrów, psychologów, lekarzy, terapeutów, dietetyków i dobre dusze, szanuję, naprawdę i właśnie z całym tym szacunkiem oznajmiam Wam, że nie macie pojęcia o anoreksji (o ile sami jej nie przeszliście).
To chyba jak z nowotworem - jeśli nie chorowałeś to Twoja wiedza jest minimalna chocbyś nie wiadomo ile osób z nowotworem spotkał i ilu pomógł.
We wszystkim istnieje bowiem TEORIA i PRAKTYKA, które często mają ze sobą niewiele wspólnego.

Czuję bardzo dziwną potrzebę napisania o tym, choc nie wiem czy to dobry pomysł. Nie chcę żadnych słów litości, broń Panie Boże, ani współczucia, ani wyrazów otuchy i wsparcia. Chcę żebyście wiedzieli, żebyście w porę mogli zaregowac, żebyście nie pozwolili by Wasze dziecko/przyjaciółka/siostra/brat spieprzył sobie pół życia.

Zaczęłam się odchudzac w trzeciej klasie gimnazjum. Ważyłam wówczas 49,8kg i mierzyłam 163cm. Nietrudno się domyślic, że byłam chuda. I doskonale o tym wiedziałam.
Wcześniej nigdy nie miałam najmniejszych problemów z jedzeniem i wagą. Byłam zbyt szczupła, ale zawsze zdrowa. Jadłam ( policzyłam sobie z ciekawości ) czasami nawet 2700 kcal, ale nigdy nie umiałam wysiedziec w miejscu, zawsze coś trenowałam, zawsze byłam aktywna fizycznie i społecznie, było mnie wszędzie pełno, byłam duszą towarzystwa, głupawka podczas której ledwo dało się utrzymac siuśki i od której bolał brzuch były codziennością. Cudowne życie szczęśliwej nastolatki. Jadłam oczywiście głównie syf. Na śniadanie płatki (cukier) z mlekiem, w szkole kanapeczki, po szkole dwudaniowy obiad, po obiedzie kawusia i paczka Łakotek lub paczka Nimm2, na podwieczorek dwie bułki z serem żółtym i ketchupem, na kolacje dwie kiełbasy/pizza/kebab, same pyszności. W końcu stwierdziłam, że mam cellulit, a nie mogę go miec.
No i postanowiłam zrzucic 3kg. Zupełnie przypadkowo trafiłam na photobloga (był 13 luty), gdzie istniała grupa motylków. Czyli innymi słowy chorych dziewczyn, które wspierały inne chore dziewczyny, aby były bardziej chore (czyt. piękne - w ich mniemaniu).

Zafascynowałam się. Super. Grupa. Chcę należec do grupy, chcę byc wyjątkowa, chcę byc piękna, chcę byc motylem.
Czy było trudno? Nie. Było banalnie. 14 lutego (walentynki, czas na miłosc, wielką miłosc) założyłam swojego photobloga, już jako jeden z motylków. Pierwszy wpis, pierwszy bilans kalorii. Pozwólcie, że wstawię cytat właśnie z tego pierwszego wpisu: 

Czas na mój pierwszy bilans zapisany tutaj. Jeśli popełnię gdzieś błąd w kaloriach to poprawcie mnie.
ś - dwie kromki chrupkiego z odrobiną masła i pomidorem [ ok. 73]
II ś - actimel i vibovit [77]
o - ziemniaki + mała rolada (zjedzona w połowie) i sos [ ok. 250]
k - planuję zjeść makrelę wędzoną (niecałą) [ok. 150]
Razem około 550 kcal, w porywach do 600. Nie jest tak źle, chciałabym w tych granicach zawsze się utrzymywać, choć wszelkie poradniki i mądrości książkowe wypisują, że przy moim wzroście i wieku powinnam jeść ponad 2000 kcal dziennie ;OO śmieszne ;d Chcą chyba zrobić z nas wszystkich stado słoni, a nie piękne i zgrabne kobietki.

Aż nie chce mi się wierzyc, że to pisałam ja. Heloł moje stado słoni ;*
Od tej chwili tylko raz przekroczyłam 800kcal, kiedy pojechałam do cioci na urodziny i zjadłam chyba 514654 kromek chleba z masłem. Ukarałam się za to dosadnie i już więcej nie myślałam o wykroczeniu poza bilans kaloryczny (można to tak nazwac?)
Cwiczyłam około 2h dziennie. Chociaż właściwie to cwiczyłam non stop. Robiłam wszystko by spalic kalorie. Skakałam nogami pod ławką, wyginałam nadgarstki (to przecież praca mięśni), żułam gumy, albo udawałam, że to robię, napinałam brzuch, biegałam po schodach bez celu..
Ważyłam się codziennie. Ani razu moja waga nie wzrosła, nawet o 100g (dziwne byłoby gdyby wzrosła), pod koniec kilka razy się zatrzymała, ale obcięłam wówczas kolejne 100kcal, albo po prostu biegałam dwie godziny i na drugi dzień było już mnie mniej.

Pewnego razu dostałam na WF-ie piłką w głowę i straciłam przytomnośc. Przyjechała po mnie mama i wtedy zaczepiła ją jedna z nauczycielek. Powiedziała, że wszyscy zauważyli, że bardzo schudłam, że nic nie jem, że bardzo się zmieniłam, podała mamie adres ośrodka gdzie stacjonują psychologie i psychiatrzy. I tak się zaczęła przygoda z lekarzami i specjalistami wszelkiego rodzaju (w pewnym okresie byłam pod opieką czterech psychologów i dwóch psychiatrów).

A co się we mnie zmieniało? Przestałam miesiączkowac (dwa lata walczyłam o powrót miesiączki i naprawdę doceniam ten comiesięczny ból i dyskomfort), miałam sine palce (zwyczajnie fioletowe), było mi zimno (w maju siedziałam w szkole ubrana w podkoszulkę, koszulkę, golf, bluzę, kurtkę zimową i rękawiczki. Tak, siedziałam na lekcjach w rękawiczkach. Nie, nie miałam już wtedy znajomych i w sumie nie chciałam ich miec, miałam moją Anę i motylki), kości zaczęły przebijac skórę, a więc byłam cała w siniakach (gdy za długo siedziałam w jednej pozycji to zwyczajnie czułam przeżynające się kości a zaraz potem w tym miejscu pojawiał się siniak), nie sypiałam (głównie przez te przebijające skórę kości, ale i coś w rodzaju głodu), szumiało mi w uszach 24/7, nie słyszałam za dobrze moich słów i zapomniałam jaki mam naprawdę głos, wypadały mi włosy (w pewnym momencie miałam łyse prześwity), ciśnienie mojej krwi było przerażająco niskie, a puls wynosił 36-40 (Pani w szpitalu była przekonana, że zepsuł im się sprzęt i dwukrotnie go wymieniała). Po dokładnych badaniach w szpitalu okazało się, że mam bardzo dużo płynu w worku osierdziowym (grozi to zatrzymaniem pracy serca), płyn w okolicach miednicy, praktycznie niedziałającą tarczycę, hormony na poziomie bliskim zera, niedobory chyba wszystkiego co możliwe i inne wspaniałości.

Waga w dniu przyjęciu na oddział: 36,9kg.
W szpitalu spędziłam 4 tygodnie podczas których przytyłam ponad 7kg. W dwa miesiące powróciłam do wagi niewiele wyższej niż 37kg i ponownie wylądowałam w szpitalu, tym razem na ponad 8 tygodni.
Codziennosc szpitalna: 6:00 pobudka, siusiu, ważenie (stawałyśmy tyłem do wagi, nie mogłyśmy jej widziec), 
8:00 śniadanie (zazwyczaj zupa mleczna, bułka i parówki), 10:00 drugie śniadanie (dwie kromki chleba), 12:00 obiad (dwudaniowy, ogromna porcja, na szczęście jedzenie było pyszne), 14:00 koktail (nutridrink/ferbi 300kcal w 150ml), 15:00 podwieczorek (drożdzówka/batony/budyń) 17:00 kolacja (4 kromki chleba) 20:00 kolacja II (2 kromki chleba).
Waga wzrastała, ale przez pierwsze 2 tygodnie, potem nastąpiło zatrzymanie. Bez większej ilości jedzenia ani rusz, a więc (kiedy już zrozumiałam, że bez przytycia nie wyjdę) zaczęłam o 6 rano zjadac dwie drożdzówki, na podwieczorek zjadałam 3 pączki, a po kolacji od 20 do 23 objadałyśmy się z dziewczynami ciastkami w czekoladzie. Życ nie umierac :)

Ah, miałam oczywiście myśli samobójcze i depresję, to chyba taki pakiet gratisowy do anoreksji. Przyjmowałam więc bardzo silne psychotropy, które nie zmieniały kompletnie nic poza tym, że chciało mi się bardzo spac. Dostawałam też milion tabletek na pobudzenie apetytu.

Ponownie do szpitala trafiłam we wrześniu (wcześniejszy pobyt trwał od 22 maja do 20 czerwca bodajże), wyszłam w listopadzie (jakoś w połowie). Wtedy już wiedziałam, że na pewno nie chcę wrócic do szpitala, więc nie mogę chudnąc. Rodzice wydawali więc grube tysiące (nie jesteśmy bogatą rodziną, więc wydali na mnie oszczędności z ostatnich 15 lat) kupując setki Nutridrinków (wiedziałam, że są kaloryczne, ale zdrowe, więc przytyję, ale zdrowo = nie będę tłusta), bo do jedzenia wciąż nie byłam przekonana. Jadłam cały czas to samo. Ciemny chleb, jajko, warzywa, owoce, czasami mięso, czasami wędzoną rybę i hektolitry Nutrisi.
Cały czas jeździłam na wizyty kontrolne do szpitala, na terapie do psychologa i kontrolę do psychiatry.
Byłam tak samo chora, tylko, że już bez spadku wagi. Utrzymywałam te moje 45-46kg. 
W maju następnego roku poznałam mojego chłopaka. W czerwcu wmusił we mnie kostkę milki. O kur*a, jak ona smakowała. Przepłakałam całą noc dręczona wyrzutami sumienia, ale następnego dnia sięgnęłam po kolejną kostkę.. i tak w lipcu ustanowiłam mój rekord - 7 czekolad zjedzonych w ciągu jednego.
I tak z anoreksji popadłam w coś na wzór bulimii (tylko raz udało mi się zwymiotowac, zwyczajnie nie potrafię sprowokowac wymiotów, dzięki Bogu). Kompulsywne napady obżarstwa, które trwają do dnia dzisiejszego. Amen.

Ciąg dalszy może nastąpi..
Dziękuję. A.

5 komentarzy:

  1. Jak wakczylas by okres Ci wrocil.???

    Jestes wielka :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałam przytyc i bardzo dbac o to, aby nie nastąpiły już żadne wahania wagi, na szczęście obyło się bez sztucznie podawanych hormonów, choc już lekarka to proponowała. Teraz jest wszystko w porządku z okresem i gospodarką hormonalną, ale mam spore obawy, że mogę miec problemy z ciążą w przyszłości, bo szalałam w takim najważniejszym okresie 15-17 lat, kiedy dziewczynka staje się kobietą, ale jestem dobrej myśli ;*

      Usuń
  2. Czekam na kolejny wpis ♡♡♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki madry artykuł..! Jestem pod mega wrazeniem. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń